Jezioro Lniańskie jest raczej mało ciekawe pod względem przyrodniczym. Przez wiele lat okoliczni mieszkańcy oraz pobliskie zakłady mięsne zrzucały do niego ścieki, co spowodowało, że jezioro funkcjonowało w zasadzie jako naturalny osadnik, naturalna oczyszczalnia ścieków. Raj dla zarastających roślin i glonów i praktycznie nic poza tym. Pamiętam jako dzieciak lata, gdy po powierzchni jeziora pływał płatami kożuch z glonów a linia trzcin przesuwała się wgłąb jeziora po kilkadziesiąt centymetrów na rok. Zarastanie wydawało się nieuniknione.

Potem zbudowano gminną oczyszczalnię i przynajmniej ścieki z gospodarstw domowych przestały być zrzucane do jeziora. Ścieki z zakładów mięsnych, w teorii oczyszczone w przyzakładowej oczyszczalni (z praktyką różnie bywało) zrzucane były już bezpośrednio do pobliskiej strugi, z pominięciem jeziora (powodując z kolei zarastanie i degradację tej strugi). Od tego czasu – jakieś 10 lat – jezioro zaczęło powoli się oczyszczać i odradzać. Jednak mimo wszystko nie spodziewałem się tu jakichś przyrodniczych ciekawostek.

Ale jednak! Sprowadziły się nad to jezioro bobry. Same w sobie nie są niczym ciekawym w tej okolicy – mamy ich w Borach Tucholskich naprawdę sporo, i zapewne właśnie to „przebobrzenie” sprowadziło je do jeziora tak blisko ludzi. Ciekawe jest jednak to, że jezioro to nie posiada wysokich brzegów. W naszej okolicy strugi i rzeki obfitują w wysokie brzegi. Choć widziałem dziesiątki, jeśli nie setki miejsc bytowania bobrów, tam, ściętych drzew, to nigdy nie budowały one tu żeremi – bóbr jeśli ma do dyspozycji przybrzeżne skarpy, woli kopać w nich nory. Prościej, bezpieczniej. Słysząc zatem o tym, że bobry sprowadziły się nad to jezioro zapaliła mi się przysłowiowa lampka – to oznacza, że będzie żeremie! Wyruszyłem na łowy.

Już na pierwszy rzut oka widać masę śladów żerowania bobrów. Brzeg jeziora, niegdyś tak zakrzaczony, że nie widać było tafli wody, obecnie się przeczyścił. Śladów jest naprawdę sporo, choć od potencjalnego miejsca, gdzie bobry mogą mieć żeremie dzieli nas cała długość jeziora – jakieś 300 m.

I tu kolejna ciekawostka. Pod olszami czarnymi w kilku miejscach znalazłem na śniegu charakterystyczne, żółte ślady. Olchy wytwarzają kwiatostany już zimą, ale czyżby coś im się pomieszało i już zaczęły pylić? Ciepła zima może coś w nich rozregulowała. Tak czy inaczej, ślady wyglądają… no jakby ktoś obsikał śnieg 😀

Dochodząc nad drugi skraj jeziora natrafić można na jeszcze więcej śladów. Są wręcz całe wykarczowane połacie. Ale znaleźć można i dość stare ślady żerowania, które świadczą o tym, że bobry są tu od dłuższego czasu:

IMGP9966_dt

 

Nad brzegiem drugiej części jeziora (mniej dostępnej) znajduję wiele charakterystycznych ścieżek i wejść (wyjść) z jeziora. Bliższe oględziny ukazują coś fajnego – bobrze ślady! Pierwszy raz widziałem tak wyraźnie odciśnięte ślady bobra. A biorąc pod uwagę, że śnieg padał wczoraj, ślady zarówno żerowania, jak i wychodzenia z wody muszą być naprawdę świeże – bobrza rodzina żyje i ma się dobrze.

Po raz kolejny zaskakuje jak dużym zwierzęciem jest bóbr. Jeśli weźmie się pod uwagę, że niektóre gałęzie ogryzione są na wysokości ok 50-60 cm, a odcisk bobrzej stopy jest wielkości mojej dłoni… no cóż, to działa na wyobraźnię. Nic więc dziwnego, że jedynym zwierzęciem, które jest tak naprawdę w stanie zagrozić bobrom, jest wilk (których podobno w naszej okolicy jest już około 60 sztuk).

Przy jednym z wejść do wody znajduję specyficzny ślad. Wydaje mi się, że jedyne, co byłoby go w stanie wykonać, to brzeg bobrzego ogona (tzw. plusku). Mogę się mylić, gdyż niewiele dodatkowych śladów w okolicy było, które pomogłyby w identyfikacji.

Przedzieram się dalej przez najbardziej niedostępną część przybrzeżnego olsu. Latem dojść tu bez woderów jest praktycznie niemożliwe – brzeg jeziora od pobliskiej łąki oddziela około 50 metrów podmokłego, bagnistego olsu. Jest to zatem idealne, świetnie zabezpieczone od lądu miejsce. Intuicja mnie nie zawodzi – wędrując w sumie przypadkiem trafiam na żeremie – pierwsze, które mam okazję widzieć na żywo. Mnóstwo śladów, poobgryzanych gałązek nie pozostawia wątpliwości. Imponuje również skala – czubek żeremia sięga mi mniej więcej do piersi, ma ono zatem około 1.5 metra wysokości. Przy około 4 metrach średnicy to niesamowity obiekt inżynieryjny.

Zastanawia mnie przeznaczenie tych ścieżek prowadzących na szczyt żeremia – gdyż samo wejście do niego znajduje się pod wodą. Czyżby wejście na punkt obserwacyjny? A może miejsce obgryzania zgromadzonych gałęzi? Gdy przyjrzymy się wodzie przy tej ścieżce, zobaczyć można w niej wiele ogryzionych z kory gałązek – niewątpliwy ślad zimowego obżarstwa bobrów. Przyglądając się również ścieżce można zobaczyć z czego tak naprawdę cała konstrukcja jest zbudowana – to gałęzie, sitowie i błoto. Biorąc pod uwagę skalę tej konstrukcji, musiało jej wybudowanie zająć sporo czasu.

Marzy mi się założyć w tym miejscu fotopułapkę – może udałoby się zaobserwować i samą bobrzą rodzinę? Jeśli zima skuje jezioro solidniejszym lodem, z pewnością wrócę tam porobić trochę zdjęć od strony trzcinowiska.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *