Pobudka o 2:30 w nocy by dojechać na lotnisko na 5. Potem lot do Kopenhagi, trochę wytrzęsiony, ale za to jakie widoki! Burza nad cieśninami – niezapomniany widok. Swoją drogą od kiedy SAS nie serwuje posiłków na krótkich trasach?

A potem już Bruksela. Znowu dość energiczne lądowanie (jejku, latanie mi się chyba nigdy nie znudzi). Okazało się, że hotel mam w samym centrum, rzut beretem od głównego rynku – Grand Place, co w Brukseli trudne nie jest, jako że to miasto schodzić można w jedno popołudnie. Szybka drzemka i ruszam poznać miasto! Po mniej więcej 3 godzinach chodzę już na czuja, bez mapy… Nie jest to szczególnie trudne miasto pod względem orientacji w terenie.

Następnie powitalny koktajl konferencyjny. Całkiem przyjemne rozmowy z pewnym profesorem z Czech, choć ogólnie impreza raczej drętwa. No cóż, nie wszyscy pewnie dojechali dzień przed konferencją…

A na koniec zrobiłem sobie prezent urodzinowy – moules specialite – mule duszone w porach i pietruszce, oczywiście z nieodłącznymi frytkami. Pycha, wtedy wydawało mi się, że lepiej być już nie może. Kolejne dni pokazały, że może.

Tagged on:         

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *